(STRONA w przebudowie)

Trochę historii

Warszawski Klub Przodowników Turystyki Kajakowej zrzesza wyszkoloną kadrę kajakarzy. Klub istnieje od 1984r., kiedy to został powołany z inicjatywy Jana Dworczyka, niemalże proroczo przed likwidacją Wojewódzkich Komisji Kajakowych (1990r.) integrujących w tamtym czasie środowisko kajakarzy. Pierwszym i jedynym prezesem do sierpnia 2009r. był Jan Dworczyk, oddany całkowicie pracy społecznej. Wybrany został jako prezes przez 26 członków założycieli klubu. Prowadził już od 1950r Koło PTTK przy Polfie Tarchomin.

Każdy weekend spędzał na jakiejś wycieczce, przemierzył Puszczę Kampinoską wzdłuż i wszerz, właśnie w weekendy, umożliwił ludziom ze swojego środowiska zwiedzenie wszystkich ciekawych zabytków w Polsce. Ten pierwszy prezes naszego klubu pozostaje nadal Prezesem Honorowym. Po skończonym kursie w 1967r. został przodownikiem turystyki kajakowej i w swoim kole prowadził wycieczki turystyczne i również spływy kajakowe.

Przez wiele lat klub nasz  istniał i rozwijał się dzięki bazie turystycznej Koła Polfy. Po pewnym czasie zostały kupione kajaki i w pewnym sensie klub usamodzielnił się, ale osoba Janka łączyła  Koło Polfy z naszym klubem aż do czasu jego choroby, która w sierpniu 2009r. uniemożliwiła mu dalszą działalność.

Po ciężkiej chorobie 29 lipca 2011r.  został pochowany na  Warszawskich Powązkach Jan Dworczyk, fanatycznie oddany sprawie turystyki.  Rozumiał to jak  mało kto, że ludziom potrzebny jest organizator, przodownik i z wielkim zaangażowaniem, nie zwracając uwagi na przeciwności i brak pomocy innych parł do przodu by zaplanowane imprezy zrealizować.  Brakuje nam bardzo jego determinacji, uporu, konsekwencji.  On sam prowadził kilkanaście nieraz spływów kajakowych w roku. Klub nasz powoli zszedł z drogi rozwoju bo każdy z nas ma  obowiązki wobec swoich najbliższych i nie poświęci całego swego czasu na organizowanie innym rozrywki.  Bardzo współczuliśmy Jego rodzinie a najbardziej żonie. Ona musiała dźwigać cały ciężar obowiązków domowych bo Janek poświęcał się dla innych. Geny te odziedziczył po swoim ojcu, równie jak Janek, On przed wojną poświęcał się turystyce (dla drugich).  No cóż,  zobaczymy czy nam pozostałym uda się przez pamięć o Janku zachować chociaż kilka imprez w roku aby ten klub  jak najdłużej istniał.

Współcześnie…

W klubie istnieje tradycja spływów na rzekach dawnej Rzeczpospolitej. Zafascynowani już od 14 lat Ukrainą przepłynęliśmy wszystkie większe dopływy Dniestru: Czeremosz, Prut, Seret, Strypę, Zbrucz, Smotrycz. Kilkakrotnie Dniestr i nizinną rzekę Horyń, odbiegającą swym charakterem od  pozostałych oraz SŁucz z pięknym przełomem zwanym Szwajcarią Wołyńską. Urzekła nas serdeczność braci Słowian, ich prosta głęboka wiara, ich niewiarygodna wytrwałość przy tak wielkiej biedzie. Poznaliśmy zniszczenia wielkich dworów i pałaców polskich magnatów. Szerzona nienawiść do polskich panów przeniknęła głęboko do świadomości prostych ludzi. Zdarzają się jednak przypadki, kiedy to spotkany nad rzeką bardzo biedny, oczywiście pijany starszy już człowiek całując po rękach jednego z naszych kolegów (jak nam wyjaśniał, że to przez  szacunek dla Polski) opowiadał o doznanym dobru od panów polskich, jak był pan to wszystko było. Spotkany na małej działeczce nauczyciel muzyki obrabiający ziemię łopatą i grabkami by mieć warzywa dla siebie, bo z pensji nie można się utrzymać. Jak spotykamy nad Prutem troje ludzi ciągnących wózek z obornikiem bo konia nie ma,  jak ludzie na polu ciągną pług drewniany tylko lemiesz stalowy (jak socha). Bieda aż chwyta za serce. I w tej biedzie wynoszą ci kołacz świąteczny, nie chcą zapłaty za mleko, płaczą gdy im mróz zmroził nowo wyrosłą fasolę i czosnek (co będziemy teraz jedli panie?).

Ta atmosfera każe nam każdego roku, w czasie około 1-maja bywać na Ukrainie (często w tym czasie trafiamy na Święta Wielkiej Nocy). Nad Horynią w Ostrogu spotykamy człowieka mieszkającego w bidnej chałupinie, w której na klepisku wysypano słomę, pewnie żeby dzieciom było cieplej, w sieni jest wszystko: jest tu stary zepsuty motocykl, jakaś pralka rozwalona, łożyska walające się w tej słomie i różności świadczące o tym, że mamy do czynienia z mechanikiem złotą rączką. Wszystkie produkty żywnościowe jakie nam zostały na drogę zostawiliśmy jemu: kiełbasy, banany, pomarańcze; pewnie tego nawet nie widział nigdy na swoim stole. Żona od biedaka uciekła zostawiając mu jeszcze dwoje dzieci. Takie sceny tu widzimy każdego roku.

Druga tradycja to wakacyjne wyjazdy na spływy do północno- wschodniej części dawnej Rzeczpospolitej – Litwy z jej leśną ciszą, pięknem rzek, jezior pośród borów i lasów. Tu też spotykamy się z podobną biedą ale i pięknymi zabytkami Wilna. Od 1995r jeździmy w tamte strony i pomimo wejścia Litwy do Unii Europejskiej bieda jest tu również powszechna.

Pływamy również na rzekach polskich, łotewskich, czeskich, słowackich, niemieckich, francuskich, na morzach (Egejskie, Bałtyckie).

Zapraszamy więc wszystkich ludzi chcących poznawać i wypoczywać aktywnie na nasze spływy. Jesteśmy organizacją PTTK-owską organizującą wszystkie imprezy na zasadach non profit. Przykładowe koszty: do 350zł za 9 dni na Ukrainie (tu zawsze towarzyszy nam autokar, tak więc nie musimy na kajak zabierać sprzętu biwakowego). Na Litwie największy koszt stanowi również transport ale dotychczas nie przekroczyliśmy kwoty 330zł. Oczywiście sprzęt biwakowy i wyżywienie każdy uczestnik organizuje sobie we własnym zakresie.